poniedziałek, 2 stycznia 2012

Essence LE Crystalliced

Witajcie!

Po wcześniejszym telefonicznym upewnieniu się, czy LE już stoi, popędziłam do chorzowskiej Natury :) Swoją drogą bardzo lubię tę Naturę na Wolności. Panie są nieco bardziej ogarnięte niż te z Katowic, asortyment jest na pewno większy niż w katowickiej na Staromiejskiej i znacznie mniej przebrany niż w tej na Mickiewicza. Ponaddto wyprzedaże końcówek serii skutkują obniżeniem cen, a nie tylko przeniesieniem kosmetyków w inne miejsce.

Crystalliced początkowo nie interesowało mnie zupełnie, pastele i takie rozbielone kolorki to zupełnie nie moja bajka. Zainteresował mnie jednak rozświetlacz i jeden z błyszczyków. Limitowanka była nietknięta, więc miałam w czym wybierać. Lakiery zupełnie mi się nie spodobały, to nie moje kolory. Brokaty wszelkiej maści posiadam i używam niezmiernie rzadko. Cieni w kremie nie używam, a te kolorki wydały mi się za jasne nawet do stosowania jako baza.


Rozświetlacz zamknięty jest w urocze i bardzo wygodne opakowanie z pompką. Naciśnięcie jej do końca powoduje wypłynięcie zdecydowanie zbyt dużej ilości kosmetyku. Nic się nie zacina, pompka chodzi bardzo sprawnie. Rozświetlacz ma biały, perłowy kolor. Jest go 15ml w opakowaniu. Drobinki są maleńkie i dają efekt tafli. Efekt można stopniować, nic się nie maże. Rozświetlenie jest mocne, ale użyty w niewielkiej ilości rozświetlacz sprawdzi się w dziennym makijażu. Zaraz po nałożeniu dealikatnie chłodzi skórę. Kiedy wyschnie, staje się satynowy, bardzo wygładza skórę. Absolutnie nie jest tłusty, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Kupiłam go za 8,69zł, cena z cennika to 10,99zł.


Tutaj jeszcze zdjęcie rozświetlacza nałożonego na policzek. Miałam pod spodem jeszcze puder i róż, a mimo to nic się nie zważyło. Efekt z lampą błyskową jest bardzo intensywny, w świetle dziennym jest znacznie delikatniej, jednak kiedy swatchowałam, nie miałam już dostępu do dziennego światła. Wybaczcie moją błyszczącą cerę, ale makijaż jest już nieco znoszony, a od pewnego czasu nie używam podkładu :)


Błyszczyki mnie nie zachwyciły, jednak do koszyka powędrował średni odcień 03 Ice crystals on my window (swoją drogą nazwa jest urocza). Pozostałe odcienie to skrząca się biel z mnóstwem drobinek oraz dziwny odcień beżu z fioletowymi drobinkami, wydał mi się trupi. Błyszczyk ma poręczne opakowanie z klasyczną gąbeczką do nakładania, jest go 7ml. Na gąbeczkę nabiera się odpowiednia ilość błyszczyku, dla wzmocnienia efektu można dodać kolejną warstwę. Błyszczyk ma przyjemny słodki smak i zapach. Na ustach trzyma się około 2 godzin. Nie wysusza ust. Choć mam go dopiero od dziś, mogę to ocenić, ponieważ moje usta są niesamowicie wyczulone na wysuszające mazidła. Zakupiony przeze mnie odcień to praktycznie biała baza z różowo-brzoskwiniowymi drobinkami. Na ustach daje mleczny odcień, jak widać na swatchu nie jest zbyt kryjący. Połysk jest dość intensywny, ale nie mokry. Drobinki są maleńkie i nie rzucają się w oczy. Nie są też wyczuwalne na ustach. Kosztował mnie 5,99zł, cena z cennika to 7,49zł.


Mimo, że limitowanka mnie nie zachwyciła, to zakupione przeze mnie produkty bardzo mi się podobają. A jak Wy oceniacie tę serię? Będą hity? Podobno rozświetlacze rozchodzą się jak świeże bułeczki i są już produktem deficytowym w Naturach.

środa, 28 grudnia 2011

Peeling migdałowy Pharmaceris

Witajcie!

Opuściłam swojego ledwie rozpoczętego bloga na długi czas, jednak dziś wracam z recenzją kosmetyku, z którym wiązałam spore nadzieje.

Pharmaceris T, Sebo - Almond Peel 10% kwasu migdałowego, krem peelingujący II stopień złuszczania.

 

O preparacie przeczytałam kilka miesięcy temu na którymś z blogów. Nabrałam na niego ogromnej ochoty, ponieważ kwasy służą mojej cerze bardzo dobrze, ale Glyco A jest dla mnie za mocny. Lubię Pharmacerisa, coraz więcej kosmetyków tej firmy znajduje się w mojej pielęgnacji. Preparat stosowałam tak, jak zaleca producent, czyli każdego wieczoru na oczyszczoną twarz. Kremu używam już ponad dwa miesiące.

Konsystencja jest dziwna. Krem jest śliski i przypomina wazelinę, jest nieco przejrzysty. Pchnie dość intensywnie, cytrusowo. Nakłada się dobrze, niewielka ilość wystarczy na pokrycie całej twarzy. Wchłania się po około 10 minutach, ale bardzo szybko wytłuszcza skórę. Opakowanie jest bardzo wygodne, uwielbiam kremy z pompką. Krem dodatkowo zapakowany jest w kartonik zawierający ulotkę z opisem wszystkich kosmetyków Pharmaceris do skóry tłustej. Kremu jest sporo, bo aż 50 ml. Zupełnie nieprzejrzyste, nie wiem ile kremu zostało. Cena to około 30-35zł. Swój egzemplarz kupiłam w SuperPharmie za 33zł.

Kwestie techniczne są na wysokim poziomie, teraz czas na działanie. Moja skóra jest tłusta, raczej niewrażliwa. Niestety bardzo łatwo się zanieczyszcza i zapycha, dlatego w strefie T miewam sporo zaskórników. Moje pory, zwłaszcza na policzkach w okolicy nosa są bardzo rozszerzone i w zasadzie nie reagują na żadne preparaty. Mimo tłustej cery potrzebuję dość dobrego nawilżenia. To co mnie najbardziej zaskoczyło, to fakt, że krem bardzo dobrze nawilża. Po Glyco A czy Effaclarze K musiałam użyć czegoś nawilżającego, przynajmniej na policzki. Pharmaceris sprawdza się jako codzienny krem na noc. Skóra po jego użyciu jest miękka, deliktnie natłuszczona. Nic nie piecze, nie szczypie, skóra nie jest ściągnięta. Nie zaobserwowałam złuszczania. Specjalnie kupiłam mocniejszą wersją z 10% kwasem migdałowym (jest jeszcze taki sam krem z 5% kwasem) licząc na mocne efekty. Niestety takich efektów brak. Krem delikatnie wygładził moją skórę, odrobinę rozjaśnił jej koloryt. I tyle. Pory, zaskórniki czy błyszczenie zostały nietknięte. Dodatkowo mam wrażenie, że krem zapycha pory. Nie jest to spektakularne zapychanie z wielkimi pryszczami, jednak mam wrażenie, ze skóra jest zanieczyszczona. Jest to mój pierwszy produkt z kwasem migdałowym. Wiem, że to znacznie delikatniejszy kwas od glikolowego, ale spodziewałam się po nim nieco więcej. Skład nie jest zachwycający. Krem zawiera substancje zapachowe i paraben.


Oczywiście krem ten, jak każdy kwas wymaga stosowania filtrów na dzień. Producent sugeruje SPF 20, ja jednak uważam, że mimo niewielkiego złuszczania to za mało. Sama używałam najczęściej SPF 50+.

Generalnie nie jest to produkt zły. Jak wskazują opinie na wizaż.pl niektórym służy bardzo dobrze. Ja jednak jestem trochę rozczarowana. Podejrzewam, że skóry trądzikowej również nie uleczy. Po kremie z peelingiem w nazwie spodziewałam się znacznie bardziej spektakularnych efektów.

Używałyście tego kremu? Jesteście z niego zadowolone?

poniedziałek, 5 września 2011

Rozdanie u Arianny

Biorę udział w rozdaniu u Arianny, zobaczcie jakie ciekawe rzeczy przygotowała :)

Pielęgnacja stóp z Eveline

Witajcie!

Dziś chciałam przedstawić Wam moje dwa ulubione w tej chwili kosmetyki do stóp. Moje stopy może nie są spękane, ale szybko ulegają wysuszeniu i bywają szorstkie, zwłaszcza latem. Wypróbowałam już bardzo wiele kosmetyków do stóp, ale poniższe dwa produkty spisują się doskonale. Są niedrogie i bardzo łatwo dostępne. Oto Zmiękczająco-odżywczy krem do stóp SATYNOWE STOPY oraz KREM NA PĘKACJĄCE PIĘTY Efekt w siedem dni marki Eveline Cosmetics.


Zmiękczająco-odżywczy krem do stóp SATYNOWE STOPY jest według producenta polecany szczególnie do suchych i pękających stóp. Ma błyskawicznie przywracać miękkość, elastyczność i gładkość stóp. Zawiera wyciąg z cynamonu, witaminy, masło shea oraz kompleks zmiękczający. Używam go od około 3 miesięcy. Pięknie pachnie, jak cynamonowe bułeczki. Zapach jest rozgrzewający i najlepiej spisuje się w chłodne dni. Krem nawilża stopy, nadaje się zarówno do szybkiego posmarowania stóp przed wyjściem, ponieważ szybko się wchłania, jak i do całonocnej kuracji nałożony grubą warstwą. Nie naprawi mocno uszkodzonej skóry, ale pomaga mi w utrzymaniu dobrej kondycji stóp. Jest dość wydajny, już niewielka ilość daje ukojenie suchej skórze. Udało mi się kupić powiększone opakowanie, więc jest też bardzo ekonomiczny. Kosztuje około  6 zł.


KREM NA PĘKACJĄCE PIĘTY Efekt w siedem dni według producenta już w 7 dni likwiduje wysuszoną i popękaną skórę. Zaleca stosowanie kremu 2 razy dziennie przez 14 dni, a nastpnie w celu utrzymania efektu raz dziennie. Składniki aktywne to macznik, olej z kiełków pszenicy, betaina, wyciąg z rumianku, kompleks witaminowy (A, E i F), mentol i kamfora. Używam go od około 2 miesięcy. Krem bardzo przyjemnie pachnie, jak dla mnie cytrusowo-mentolowo. Na długo odświeża stopy i delikatnie chłodzi. Jest gęsty i treściwy, ale dość dobrze się wchłania. Mimo to rano po nocnej kuracji w skarpetkach wciąż czuję, że jest na stopach. Trzeba jedynie uważać pod prysznicem, bo sprawia, że stopy bardzo się ślizgają. Zawiera dużo mocznika (2 miejsce w składzie!), który bardzo służy mojej skórze. Dzięki niemu krem bardzo silnie nawilża i wygładza skórę. Stopy bardzo szybko odzyskują dobry wygląd. Zastosowałam tygodniową kurację na zmasakrowane japonkami stopy i efekt był zaskakujący. W połączeniu z tarką już po kilku dniach zapewnił mi gładkie i zadbane stópki. Jest to taki produkt do zadań specjalnych dla wymagających, przesuszonych stóp. Również zakupiłam go w większym opakowaniu. Kosztuje około 10 zł.


Podsumowując te dwa produkty zapewniają mi całkowitą i kompleksową pielęgnację stóp już od kilku miesięcy. Kiedy skończą mi się opakowania, z pewnością zakupię kolejne, zwłaszcza kremu z mocznikiem.

środa, 10 sierpnia 2011

Eyelinery My Secret

Witajcie!

Eyeliner stanowi jeden z podstawowych elementów mojego makijażu. Zazwyczaj używam czerni lub czerni z drobinkami, ale czasem lubię poszaleć z kolorem. Choć mam ich naprawdę wiele, najczęściej stosuję kilka ulubionych. Są wśród nich eyelinery My Secret. Można kupić je za grosze w Naturze (dokładnie za 6,99zł). Występują w kilku ciekawych kolorach, których wybór jest jednak mocno ograniczony, nad czym ubolewam. W mojej kolekcji znalazło się 7 sztuk. Wszystkie łączy poręczne opakowanie oraz wygodny pędzelek. Na zdjęciu od lewej kolejno:

3 to metaliczny brąz. Kryje bardzo dobrze, kreska jest intensywna, dobrze trzyma się do zmycia.
6 to brokatowe złoto. Kryje już przy dwóch warstwach dając metaliczny, wyrazisty efekt. Trzyma się bardzo dobrze
4 to brokatowy niebieski. Podobnie jak złoto kryje przy dwóch warstwach. Efekt jest bardzo intensywny, a błysk dość mocny.
2 to czerń ze srebrnymi drobinkami. Efekt jest dużo delikatniejszy niż przy czystej czerni, nawet przy mniej precyzyjnej kresce wygląda bardzo dobrze. Trzyma się dzielnie do zmycia. Jest to jeden z moich ulubionych eyelinerów.
1 to czysta, matowa czerń. Kolor jest dość intensywny, choć znam czarniejsze czernie. Kreska dobrze wygląda przez cały dzień.

Kolory 7 i 8 pochodzą z limitowanki Evening Passion i są już niedostępne. 7 to matowy granat, natomiast 8 to matowy, dość ciemny brąz.

Eyelinery My Secret towarzyszą mi już od około dwóch lat. Jeśli pojawią się nowe kolory, z pewnością skuszę się na nie. W ofercie brakuje mi zieleni i fioletu. Jest to z pewnością produkt godny polecenia i wart wypróbowania.

pasywno-agresywna

Catrice OUT OF SPACE

Witajcie!

Kiedy tylko przeczytałam wczoraj w wizażowym wątku o Catrice, że najnowsza limitowanka jest dostępna w pobliskiej Naturze postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. I rzeczywiście, limitowanka prezentuje się zjawiskowo. W zasadzie podoba mi się wszystko, ale niekoniecznie wszystko jest mi potrzebne :) Skusiłam się na trzy elementy limitowanki.

Cień Venus vs. Mars to piękny wypiekany granat ze złotymi żyłkami, które delikatnie ocieplają odcień. Ma mnóstwo drobinek. Pigmentacja nie jest zbyt mocna, jednak na bazie cień prezentuje się całkiem dobrze i staje się mocno wodoodporny. Opakowanie jest solidne i wygląda elegancko. Zapłaciłam za niego 15,99zł.

Żelowy eyeliner Houston's Favourite ma intensywny granatowy kolor i niebieskie drobinki. Nakłada się łatwo pędzelkiem do eyelinera, ale jest dość suchy i trzeba uważać na grudki. Kolor jest intensywny i nasycony. Zapłaciłam za niego 15,99zł.

Lakier do paznokci Beam Me Scotty! (swoją drogą uwielbiam nazwy kolorów kosmetyków Catrice) to ciemna butelkowa zieleń z mnóstwem srebrzystych drobinek. Co mnie zaskoczyło, wysycha do satynowego matu. Jedna warstwa kryje, ale dopiero dwie wyglądają naprawdę rewelacyjnie. Jest dość gęsty i troszkę trudno go rozprowadzić. Zapłaciłam za niego 9,99zł.



Generalnie limitowanka prezentuje się bardzo ciekawie, choć wszystkie kosmetyki są raczej w chłodnej tonacji, więc nie każdej z Was przypadną do gustu. Ja jednak jestem nią oczarowana!

wtorek, 9 sierpnia 2011

Wszyscy mają bloga, mam i ja :]

Witajcie na moim pierwszym, świeżutkim blogu. Zainspirowana wizażową manią blogowania postanowiłam dołączyć do grona bloggerek. Blog dotyczył będzie przede wszystkim kwestii kosmetycznych i makijażowych, choć pewnie mój pomysł na niego zmieni się jeszcze wiele razy. Zapraszam więc do lektury!

pasywno-agresywna